Perski Wietnam – jak amerykańskie imperium zwija się na naszych oczach
Decyzja nie zapadła w Waszyngtonie
Minął miesiąc od amerykańsko-izraelskiej agresji na Iran, i choć ta “specjalna operacja wojskowa” miała trwać kilka dni (skąd my to znamy?), to końca tego konfliktu nie tylko nie widać, ale zaostrza się on już do skali wojny totalnej. Jak więc idzie Amerykanom “wyzwalanie” Iranu, i co to ma wspólnego z wojną w Wietnamie?
Obecna eskalacja nie jest klasyczną wojną rozpoczętą przez globalne mocarstwo w wyniku długotrwałej kalkulacji strategicznej. Jej początkiem były działania Izraela, a więc uderzenie wyprzedzające, które miało ograniczyć potencjał Iranu i zmienić układ sił w regionie. To właśnie ten impuls uruchomił mechanizm, który wciągnął Stany Zjednoczone w konflikt, którego zdecydowanie nie planowały prowadzić w tej formie.
Waszyngton wszedł do tej wojny jako gwarant bezpieczeństwa, ale bardzo szybko zaczął przejmować rolę głównego aktora. Tym sposobem Benjamin Netanjahu przechytrzył swojego sojusznika i jego rękami rozkręca konflikt regionalny na Bliskim Wschodzie. Historia pokazuje, że takie przejścia są bardzo niebezpieczne, bowiem odpowiedzialność rośnie szybciej niż kontrola nad wydarzeniami.
Od pewności do eskalacji bez planu wyjścia
W pierwszych dniach wojny dominował ton zdecydowany i niemal triumfalny. Donald Trump komunikował, że presja militarna przyniesie szybki efekt, a Iran zostanie zmuszony do ustępstw. Narracja była prosta: przewaga technologiczna i determinacja Amerykanów wystarczą, by zakończyć konflikt w krótkim czasie.
Z każdym kolejnym dniem pojawiały się jednak nowe elementy: kolejne uderzenia Izraela, nowe, coraz bardziej szalone groźby Trumpa, coraz ostrzejsze komunikaty prezydenta. Zniknęła jakakolwiek spójność, a w jej miejsce pojawiła się panika w Białym Domu. Prezydent USA potrafił w ciągu tygodnia kłamać, że toczą się rozmowy pokojowe, następnie zrzucić odpowiedzialność za wojną na Peta Hegsetha, Rzucać kolejne ultimatum, po raz kolejny chwalić swoich wrogów i mówić o rzekomych rozmowach pokojowych, tylko po to, by w Wielkanoc napisać o całkowitym zniszczeniu Iranu, a dziś (07.04.2026 r.) o zniszczeniu całej cywilizacji, i zapowiedzieć zbrodnie wojenne w wydaniu amerykańskim.
Amerykanie nie mają żadnego planu. To jasne.
Radykalizacja języka – sygnał utraty kontroli
Najbardziej uderzająca jest zmiana w języku. W ciągu kilku dni komunikaty przeszły od deklaracji „zdecydowanych działań” do wypowiedzi sugerujących możliwość całkowitego zniszczenia przeciwnika.
W tym kontekście słowa Donalda Trumpa o „zniszczeniu całej cywilizacji w jedną noc” nie są już żadnym retorycznym nadużyciem. W sensie prawnomiędzynarodowym takie deklaracje zahaczają o zapowiedź działań, które mogłyby zostać zakwalifikowane jako zbrodnie wojenne lub nawet ludobójstwo – uderzenia nieproporcjonalne, wymierzone w struktury cywilne, prowadzące do masowej destrukcji.
Granice zostały już dawno przekroczone, a te zapowiedzi ujawniają absolutną klęskę USA w Iranie i ordynarne burzenie młotkiem prawa międzynarodowego, które przecież zostało przez samych Amerykanów stworzone. Państwo, które nie jest w stanie osiągnąć celów konwencjonalnymi środkami, zaczyna sięgać po język absolutny i grozić atakiem jądrowym. Nie ma innego wytłumaczenia na takie działania, niż utrata kontroli – czy to nad polem bitwy, czy nad stanem zdrowia psychicznego prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Wietnam: nieprzerobiona lekcja
W latach 60. Stany Zjednoczone weszły w Wietnam z przekonaniem, że konflikt można szybko rozstrzygnąć dzięki przewadze militarnej. Zignorowano strukturę przeciwnika, jego zdolność do przetrwania i charakter terenu, który sprzyjał obronie.
Dziś w Iranie powtarzają się te same błędy. To starożytne państwo nie opiera się na jednym centrum decyzyjnym, które można zneutralizować. Funkcjonuje jako sieć militarna, polityczna i społeczna. Każde uderzenie nie niszczy systemu, lecz zmusza go do adaptacji. Iran przygotowywał się na tą wojnę od kilku dekad, nie powinno więc dziwić, że po dekapitacji reżimu ten wcale nie upadł, tylko błyskawicznie się przetransformował i wybrał nowego władcę. Protesty zostały raz jeszcze brutalnie stłumione, a sieć sojuszników na Bliskim Wschodzie dokonała serii ataków na amerykańskie bazy wojskowe, tym samy sprowadzając wojnę na cały region.
Podobnie jak w Wietnamie, przewaga technologiczna nie przekłada się na rozstrzygnięcie. Konflikt wydłuża się, a jego koszt drastycznie rośnie.
Putin i Trump. Dwie strony medalu.
Współczesna Rosja dostarcza dodatkowego punktu odniesienia. Vladimir Putin rozpoczynał wojnę w Ukrainie w przekonaniu o szybkim zwycięstwie. Dziś funkcjonuje w rzeczywistości długotrwałego konfliktu, który obciąża państwo i ogranicza jego możliwości działania, jednocześnie czyni groźby wobec innych państw niewiarygodnymi. W obu przypadkach widoczny jest podobny schemat: przywództwo operujące w informacyjnej bańce, przekonane o własnej sprawczości, reagujące na niepowodzenia poprzez eskalację zamiast korekty kursu. Różne systemy polityczne, różne konteksty, ale bardzo podobny schemat podejmowania decyzji i bardzo podobna konstrukcja tak zwanego Dworu, czyli najbliższego otoczenia władcy.
Czy potakiwacze wpędzili Trumpa w drugi Wietnam, tak jak doradcy Putina na Kremlu wciągnęli o w wyniszczający Rosję konflikt?
Ugrzęźnięcie
Najważniejsze jest to, że proces ugrzęźnięcia już się rozpoczął. Konflikt nie zmierza do zakończenia, lecz do pogłębienia. Każda kolejna decyzja zwiększa zaangażowanie i zmniejsza pole manewru. W praktyce oznacza to wejście w stan, w którym działania militarne przestają być narzędziem prowadzącym do celu politycznego, a zaczynają funkcjonować same dla siebie jako sposób zarządzania sytuacją, której nie da się już szybko rozwiązać. Pojawia się konieczność utrzymywania stałej obecności, reagowania na incydenty, odpowiadania na działania przeciwnika, który narzuca tempo i kierunek eskalacji. O to dokładnie chodziło Izraelowi.
Z czasem taki konflikt zaczyna się „instytucjonalizować”. Tworzą się struktury, procedury, uzasadnienia polityczne i medialne, które pozwalają go kontynuować, nawet jeśli jego pierwotne cele stają się coraz mniej osiągalne. Dodatkowo pojawia się efekt kosztów utopionych. Im więcej zasobów zostało już zaangażowanych – finansowych, militarnych, politycznych – tym trudniej podjąć decyzję o wycofaniu. Każde cofnięcie zaczyna być postrzegane jako przyznanie się do błędu, a to prowadzi do paradoksalnej sytuacji, w której kontynuowanie konfliktu wydaje się mniej kosztowne politycznie niż jego zakończenie. Zwłaszcza, jeśli mowa o prezydencie z tak wielkim ego.
W tym samym czasie przeciwnik działa według zupełnie innej logiki. Nie musi osiągnąć przełomu. Wystarczy, że utrzyma zdolność do zadawania strat, destabilizowania sytuacji i podważania poczucia bezpieczeństwa. W takiej konfiguracji to nie siła decyduje o wyniku, lecz wytrzymałość ekonomiczna, społeczna i polityczna.
Stany Zjednoczone znajdują się więc w sytuacji, w której nie ma prostego wyjścia. Wycofanie oznacza stratę wiarygodności i potencjalne osłabienie systemu sojuszy na Bliskim Wschodzie. Eskalacja zwiększa koszty i ryzyko niekontrolowanego rozszerzenia konfliktu – zarówno regionalnie, jak i globalnie. Każda opcja jest obciążona poważnymi konsekwencjami.
To właśnie jest Perski Wietnam. I jeśli Stany Zjednoczone się nie opamiętają, to tenże Perski Wietnam będzie gwoździem do trumny ich dawnego imperium.
Autor: Maciej Rajczak/Na Bankiecie




