Nie będziemy umierać za Tajpej

Nie będziemy umierać za Tajpej. Ameryka przegrywa status głównego mocarstwa.

Last Updated: 2026-05-17By Tags: , , , , ,

Spotkanie na środku świata

W Pekinie odbyło się dwudniowe spotkanie Donalda Trumpa i Xi Jinpinga, uznawane za jeden z najważniejszych szczytów geopolitycznych ostatnich lat. Rozmowy przywódców Stanów Zjednoczonych i Chin dotyczyły między innymi Tajwanu, handlu, technologii, Iranu oraz przyszłości relacji między dwoma największymi mocarstwami świata.

Świat od dawna nie obserwował spotkania amerykańskiego i chińskiego przywódcy z tak dużym napięciem politycznym. Rozmowy Donalda Trumpa i Xi Jinpinga odbywały się w momencie wyjątkowo trudnym dla globalnego porządku. Wojna technologiczna między USA a Chinami trwa od lat. Bliski Wschód ponownie znalazł się na granicy regionalnej eksplozji. Światowa gospodarka zwalnia, a napięcia wokół Tajwanu są najwyższe od dekad. Jednocześnie coraz wyraźniej widać, że Zachód przestaje mieć monopol na globalną siłę polityczną, gospodarczą i technologiczną.

Właśnie z tych względów szczyt w Pekinie był czymś więcej niż zwykłym wydarzeniem dyplomatycznym (chociaż nie oszukujmy się, każdy szczyt USA-Chiny będzie czymś znacznie więcej i będzie decydować o jakichś aspektach ładu międzynarodowego). Doskonale widać, że to spotkanie przerodziło się w demonstrację nowego układu sił między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Xi Jinping wykorzystał wizytę Trumpa do pokazania spokojnych, pewnych siebie i stabilnych Chin. Trump przyjechał do Pekinu potrzebując sukcesu gospodarczego, uspokojenia sytuacji na rynkach i politycznego zwycięstwa medialnego. Różnica nastrojów między obiema stronami była widoczna niemal od pierwszych minut wizyty.

Chińczycy przygotowali całe wydarzenie z ogromną precyzją. Trump został przyjęty pełnym ceremoniałem państwowym. Były czerwone dywany, wojskowa orkiestra, dzieci machające flagami i długie spacery obu przywódców przed kamerami. W chińskich mediach państwowych dominował obraz Xi Jinpinga jako spokojnego lidera wielkiego mocarstwa prowadzącego rozmowy z amerykańskim prezydentem z pozycji cierpliwości i pewności siebie. Pekińska władza bardzo świadomie budowała atmosferę spotkania, w której Chiny wyglądały na państwo harmonijne, przewidywalne i kontrolujące sytuację. Trump momentami sprawiał wrażenie polityka nawet nie próbującego przede wszystkim osiągnąć szybkie polityczne i gospodarcze korzyści, ale po prostu nieświadomego otaczającej go rzeczywistości człowieka.

W rozmowach uczestniczyły ogromne delegacje polityczne i biznesowe. Po stronie chińskiej centralną rolę odgrywali Xi Jinping, Wang Yi (minister spraw zagranicznych) oraz najważniejsi urzędnicy odpowiedzialni za handel, gospodarkę i bezpieczeństwo państwa. Pekin słusznie potraktował szczyt jako wydarzenie strategiczne dotyczące całego przyszłego układu relacji z USA. Znacznie bardziej interesujący był jednak skład amerykańskiej delegacji. Do Pekinu wraz z Trumpem przybyli nie tylko politycy i doradcy Białego Domu, ale również najważniejsze postacie amerykańskiego biznesu technologicznego i finansowego. Wśród nich znaleźli się Elon Musk, Tim Cook, Jensen Huang oraz przedstawiciele gigantów takich jak Apple, BlackRock, czy Meta.

Sam fakt obecności tych ludzi mówił bardzo dużo o prawdziwym znaczeniu szczytu dla Amerykanów. Mimo wojny handlowej, sankcji i coraz ostrzejszej rywalizacji geopolitycznej amerykańskie elity gospodarcze nadal traktują Chiny jako jeden z fundamentów światowej gospodarki. Pekin pokazał światu, że nawet najbardziej antychińska retoryka w Waszyngtonie nie zmienia jednej rzeczy – największe firmy technologiczne i finansowe świata nadal potrzebują chińskiego rynku, produkcji i surowców.

Rozmowy dotyczyły (oficjalnie) przede wszystkim handlu, technologii i bezpieczeństwa. Dyskutowano o półprzewodnikach, sztucznej inteligencji, ograniczeniach eksportowych, dostępie chińskich firm do amerykańskich technologii oraz amerykańskich firm do chińskiego rynku. Bardzo ważnym punktem były również metale ziem rzadkich, których Chiny pozostają jednym z głównych światowych dostawców. Pekin coraz wyraźniej wykorzystuje tę przewagę jako polityczne narzędzie nacisku wobec Zachodu. Negocjacje obejmowały także eksport amerykańskiej energii, kontrakty lotnicze dla Boeinga oraz kwestie związane z globalnymi łańcuchami dostaw. W praktyce oba państwa próbowały jednocześnie ograniczać wzajemną zależność i utrzymywać współpracę gospodarczą. Chiny i USA przygotowują się do długoterminowej rywalizacji, ale jednocześnie pozostają od siebie gospodarczo uzależnione w stopniu niespotykanym między wielkimi mocarstwami w całej ludzkiej historii.

Ogromne znaczenie miał również temat Iranu i sytuacji na Bliskim Wschodzie. Trump bardzo wyraźnie potrzebuje dziś stabilizacji gospodarczej oraz uniknięcia kolejnego wielkiego kryzysu międzynarodowego, żeby zachować choć część poparcia z wyborów prezydenckich. Chiny natomiast są ogromnie uzależnione od bezpieczeństwa światowego handlu i dostaw energii. Obie strony mają więc wspólny interes w unikaniu gwałtownej destabilizacji regionu.

Najważniejszym punktem całego szczytu pozostawał jednak Tajwan. To on był realnym powodem spotkania obu przywódców. Xi Jinping mówił o nim w sposób wyjątkowo zdecydowany. Ostrzegł Trumpa o amerykańskiej polityce wobec Chin w tej sprawie:

„Jeśli zostanie źle poprowadzona, dwa narody mogą się ze sobą zderzyć lub nawet popaść w konflikt, posyłając całość relacji chińsko-amerykańskich w wysoce niebezpiecznym kierunku”.

W języku chińskiej dyplomacji są to słowa bardzo mocne. Pekin praktycznie otwarcie zakomunikował, że uważa Tajwan za temat graniczny, przy którym Chiny są gotowe zaakceptować nawet ogromne koszty polityczne i gospodarcze. Jednocześnie Prezydent Xi Jinping starał się pokazać, że Chińczycy nadal preferują scenariusz pokojowy, decydując się na bardziej delikatne środki.

Zwycięstwo Chin w wojnie wizerunkowej

Największym zwycięstwem Xi Jinpinga podczas szczytu w Pekinie nie były żadne podpisane ustalenia ani nowe kontrakty handlowe. Tym naprawdę niezwykłym sukcesem Chin okazał się bowiem nowy obraz świata, który zobaczyły miliony, jeśli nie miliardy ludzi. Z jednej strony mamy spokojne, zdyscyplinowane i pewne siebie państwo budujące własną potęgę krok po kroku od dekad. Z drugiej strony Ameryka coraz bardziej pogrążona w chaosie politycznym, uzależniona od nastrojów jednego człowieka i coraz mniej przewidywalna dla własnych sojuszników.

Xi Jinping podczas całego dwudniowego spotkania zachowywał pełną kontrolę nad przekazem. Mówił spokojnie, unikał emocjonalnych deklaracji i konsekwentnie przedstawiał Chiny jako państwo odpowiedzialne, stabilne i myślące długoterminowo. Nawet ostrzeżenia dotyczące Tajwanu były formułowane językiem strategicznej cierpliwości, a nie politycznej histerii. Chiński przywódca podczas rozmów ponownie nawiązał do tzw. „pułapki Tukidydesa”, czyli teorii mówiącej, że rosnące mocarstwo i dotychczasowy hegemon niemal naturalnie zmierzają ku konfliktowi. Chiński przywódca próbował jednocześnie wysłać sygnał, że Pekin chce uniknąć bezpośredniej wojny z USA, ale oczekuje od Waszyngtonu zaakceptowania rosnącej pozycji Chin i nowego układu sił w Azji.

Trump w tym samym czasie wysyłał serię bardzo chaotycznych sygnałów. Raz mówił o świetnych relacjach z Xi Jinpingiem, chwilę później sugerował możliwość decyzji dotyczących sprzedaży broni Tajwanowi, a następnie praktycznie odmówił jednoznacznej deklaracji obrony wyspy. Największe wrażenie zrobiły jednak jego własne słowa o Ameryce.

„Kiedy przewodniczący Xi bardzo uprzejmie określił Stany Zjednoczone być może krajem w fazie schyłku (…) miał stuprocentową rację”. – napisał Donald Trump na Truth Social, sugerując, że Xi mówił o administracji Bidena, natomiast nie o jego nowych rządach, które określił jako wspaniały czas w historii Ameryki. Nie zmienia to faktu, że Prezydent USA właśnie przyznał, że Stany jeszcze chwilę temu miały popadać w ruinę.

Takie wypowiedzi mają ogromne znaczenie psychologiczne i geopolityczne. Prezydent Stanów Zjednoczonych w praktyce publicznie zaakceptował narrację największego strategicznego rywala USA o kryzysie amerykańskiej potęgi. Xi Jinping nie musiał nawet prowadzić agresywnej propagandy. Trump zrobił to częściowo za niego.

Jeszcze bardziej uderzające były jego wypowiedzi dotyczące Tajwanu. Trump stwierdził:

„Nie poczyniłem żadnego zobowiązania w tę czy w drugą stronę”.

Później dodał:

„Myślę, że ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebujemy, jest wojna, która toczy się 9500 mil stąd”.

W polityce azjatyckiej takie słowa są odbierane niezwykle poważnie. Pekin od lat próbuje przekonać region, że Stany Zjednoczone nie będą gotowe ponosić ogromnych kosztów wojny z Chinami o Tajwan. Trump podczas szczytu praktycznie potwierdził, że takie myślenie istnieje również w samym centrum amerykańskiej polityki.

W tym samym czasie Xi Jinping prezentował Chiny jako państwo cierpliwe, stabilne i coraz bardziej dominujące gospodarczo. I rzeczywiście, liczby coraz częściej wyglądają dla Pekinu bardzo korzystnie.

Dla porównania

Jeszcze dwadzieścia lat temu Stany Zjednoczone były głównym partnerem handlowym dla ogromnej części świata. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Według analiz cytowanych między innymi przez Al Jazeerę oraz danych ekonomicznych Banku Światowego i IMF, Chiny są obecnie największym partnerem handlowym dla ponad 120 państw świata. USA dominują w znacznie mniejszej liczbie krajów.

To gigantyczna zmiana dla całego porządku ekonomiczno-politycznego na świecie.

Chiny odpowiadają dziś za około 30 procent światowej produkcji przemysłowej. USA pozostają potęgą technologiczną i finansową, ale ich udział w globalnej produkcji systematycznie maleje. Pekin zdominował ogromną część rynku paneli słonecznych, baterii, metali ziem rzadkich i infrastruktury przemysłowej. Chiny budują szybkie koleje, porty, elektrownie i sieci logistyczne na skalę, której Zachód od dawna nie jest w stanie osiągnąć w podobnym tempie.

Widać to także w polityce międzynarodowej. Projekt Pasa i Szlaku objął dziesiątki państw Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej. Chiny coraz mocniej obecne są na Bliskim Wschodzie, w Afryce i regionach, które przez dekady pozostawały pod dominacją Zachodu. Pekin bardzo skutecznie wykorzystuje handel, inwestycje i infrastrukturę jako narzędzia wpływu politycznego. Stany Zjednoczone nadal pozostają najsilniejszym militarnie państwem świata. Amerykańska armia, marynarka i globalna sieć baz wojskowych nie mają sobie równych. Problem polega jednak na tym, że współczesna rywalizacja coraz mniej przypomina klasyczne konflikty militarne XX wieku i nie opiera się już na standardowych konfliktach militarnych. Dziś równie ważne, a może i ważniejsze są produkcja przemysłowa, kontrola surowców, technologie, logistyka i stabilność polityczna państwa, a także zdolność do wywierania trwałego wpływu na inne kraje. Te zdolności i cechy USA powoli słabną z bardzo wielu przyczyn.

Xi Jinping od lat prowadzi politykę konsekwentnej centralizacji państwa i budowy długoterminowej strategii gospodarczej. Pekin planuje dekady do przodu. Rozwija własne technologie, inwestuje gigantyczne środki w sztuczną inteligencję, półprzewodniki i wojsko. Chiny produkują więcej okrętów niż USA, rozwijają najszybciej na świecie sieci kolei dużych prędkości i coraz skuteczniej uniezależniają się od zachodnich technologii.

Ameryka tymczasem coraz częściej wygląda na państwo sparaliżowane własnymi podziałami politycznymi. Szczyt w Pekinie bardzo dobrze to pokazał. Xi Jinping mówił o wielkiej strategii państwa. Trump skupiał się głównie na Bidenie, własnych sukcesach politycznych i medialnych komentarzach. Różnica była widoczna niemal w każdym wystąpieniu obu przywódców.

Najważniejsze pozostaje jednak pytanie o przyszłość Tajwanu. Pekin coraz wyraźniej testuje granice amerykańskiej determinacji. Trump natomiast wysyła sygnały sugerujące gotowość do rozmów o nowym układzie wpływów w Azji. Nietrudno odnieść słuszne wrażenie, że Xi Jinping patrzy na obecną sytuację z ogromnym spokojem. Chiny są przekonane, że czas działa dziś na ich korzyść.

Nie będziemy umierać za Tajwan

Spotkanie Trumpa i Xi Jinpinga nie odbywało się w politycznej próżni. Pekin bardzo starannie przygotowywał grunt pod cały szczyt jeszcze na długo przed przyjazdem amerykańskiego prezydenta. Jednym z najważniejszych wydarzeń poprzedzających rozmowy była wizyta przedstawicieli Kuomintangu, tajwańskiej partii opowiadającej się za znacznie bardziej pragmatycznymi relacjami z Chinami kontynentalnymi.

Dla Pekinu miało to ogromne znaczenie. Xi Jinping chciał pokazać światu, że kwestia Tajwanu nie sprowadza się wyłącznie do groźby wojny czy chińskiej presji militarnej. Chiny próbują równolegle budować wpływy polityczne, gospodarcze i społeczne na samej wyspie. Spotkanie z Kuomintangiem było jasnym sygnałem, że część tajwańskich elit może być gotowa do stopniowego zbliżenia z kontynentem.

Moment organizacji tej wizyty również nie był przypadkowy. Xi Jinping wysłał w ten sposób komunikat zarówno do Tajwanu, jak i do Waszyngtonu. Chiny chciały pokazać, że mają czas, cierpliwość i różne narzędzia działania. Wojna pozostaje ostatecznością. Pekin wolałby osiągnąć swoje cele politycznie i gospodarczo, szczególnie jeśli Stany Zjednoczone będą coraz mniej skłonne do ryzykowania konfliktu o wyspę.

W całym tym spotkaniu ogromne znaczenie ma sytuacja na Bliskim Wschodzie. Wojna wokół Iranu mocno obciążyła pozycję Stanów Zjednoczonych. Waszyngton musi jednocześnie wspierać Ukrainę, utrzymywać obecność wojskową w Azji, kontrolować sytuację na Bliskim Wschodzie i rywalizować z Chinami gospodarczo oraz technologicznie. Każdy kolejny kryzys osłabia zdolność USA do skupienia pełnej uwagi na Indo-Pacyfiku. USA same doprowadziły do takiej sytuacji, a jednocześnie zgodziły się na spotkanie z chińskim liderem w tak fatalnej dla Ameryki sytuacji. Niezależnie od prawdy wizerunkowo wygląda to jak akt desperacji.

Trump przyjechał do Pekinu właśnie w takim momencie. Potrzebował stabilizacji gospodarczej, uspokojenia rynków i uniknięcia kolejnej globalnej eskalacji. Chiny doskonale to rozumiały. Xi Jinping  doskonale wiedział, że Ameryka znajduje się dziś w trudniejszej sytuacji strategicznej niż jeszcze kilka lat temu. Pekin bardzo skutecznie wykorzystuje również zmęczenie Zachodu niekończącymi się konfliktami i kosztami globalnej dominacji USA. W wielu państwach świata coraz silniejsze staje się przekonanie, że epoka pełnej amerykańskiej hegemonii dobiega końca, a Chiny przedstawiają się natomiast jako państwo stabilne, przewidywalne i skupione na rozwoju gospodarczym.

Nieprzypadkowo Xi Jinping podczas szczytu mówił o możliwości wspólnego „odrodzenia Chin” i „ponownego uczynienia Ameryki wielką”. Pekiński władca sugeruje światu nowy model ładu międzynarodowego, w którym wielkie mocarstwa uznają nawzajem własne interesy strategiczne i unikają bezpośredniej konfrontacji. To wizja świata znacznie bardziej brutalna i realistyczna niż liberalny porządek budowany po zimnej wojnie, ale te chyba jedyna, jaka obecnie może wyniknąć.

Największym problemem dla Tajwanu pozostaje właśnie ten sposób myślenia o świecie – polityczna transakcyjność i uznanie amerykańskiej porażki na wstępie. Jeśli najważniejsze mocarstwa zaczynają myśleć przede wszystkim kategoriami stref wpływów i kosztów geopolitycznych, pozycja mniejszych państw staje się znacznie trudniejsza. Trump podczas całego szczytu wysyłał sygnały sugerujące, że nie chce wojny z Chinami o Tajwan. W Pekinie zostało to z pewnością odebrane jako bardzo ważny sygnał strategiczny.

Nie oznacza to oczywiście, że chińska inwazja jest dziś przesądzona. Wręcz przeciwnie. Sam szczyt pokazał, że obie strony chcą utrzymania względnego pokoju i stabilizacji gospodarczej. Xi Jinping doskonale rozumie, że wojna o Tajwan byłaby gigantycznym ryzykiem również dla Chin. Problem polega jednak na tym, że chiński rząd coraz wyraźniej widzi osłabienie politycznej pewności Stanów Zjednoczonych oraz rosnącą niechęć części amerykańskich elit do ponoszenia kosztów globalnej dominacji.

Właśnie dlatego spotkanie Trumpa i Xi Jinpinga może okazać się jednym z najważniejszych momentów początku nowego światowego układu sił. Wcale nie z tego względu, że podpisano jakieś wielkie traktaty, czy że zawarto przełomowe porozumienia. Znaczenie tego szczytu polegało przede wszystkim na pokazaniu kierunku, w którym zmierza ład światowy,  i jak Stany z Chinami chcą ten świat umeblować.

Budując nowy świat

Świat coraz bardziej odchodzi od epoki jednobiegunowej dominacji Stanów Zjednoczonych. Chiny przestają być wyłącznie „fabryką świata” i stają się pełnoprawnym centrum globalnej siły gospodarczej, technologicznej i politycznej. Ameryka pozostaje najpotężniejszym militarnie państwem świata, ale jednocześnie coraz wyraźniej zmaga się z własnymi podziałami politycznymi, kosztami globalnego przywództwa i strategicznym przeciążeniem. Dla Europy to również bardzo ważny moment. Przez lata europejska polityka opierała się głównie na relacjach transatlantyckich i bliskim związku ze Stanami Zjednoczonymi. Dziś świat staje się znacznie bardziej azjatycki gospodarczo, technologicznie i politycznie. To właśnie w Azji będą zapadały najważniejsze decyzje dotyczące handlu, technologii, surowców i przyszłości globalnej gospodarki.

Europa będzie musiała nauczyć się funkcjonować w tej nowej rzeczywistości. Nie oznacza to rezygnacji z sojuszu z USA ani podporządkowania się Chinom. Oznacza jednak konieczność znacznie poważniejszego traktowania relacji z Azją i lepszego rozumienia procesów zachodzących w Pekinie, Delhi, Tokio czy Seulu.

Spotkanie Trumpa i Xi Jinpinga pokazało bardzo wyraźnie, że XXI wiek będzie epoką rywalizacji wielkich mocarstw, a jego lata dwudzieste i trzydzieste to całkowita przebudowa Pax Americana  na ład wielobiegunowy. Na razie oba państwa próbują utrzymać względny pokój i uniknąć otwartego konfliktu. Pytanie brzmi, jak długo będzie to możliwe i kto zapłaci cenę za ten nowy układ sił.

 

 

Autor: Maciej Rajczak