Rok chaosu i przygotowań. Jaki będzie 2026 w polityce międzynarodowej?
Gdyby 2025 rok dało się streścić jednym obrazem, byłby to sztab kryzysowy z mapą świata na biurku: wszędzie czerwone pinezki, a między nimi gęsta sieć zależności. Nie ma już pojedynczych konfliktów i kryzysów z udziałem mocarstw, bo w kończącym się roku rozpoczęła się wielowarstwowa próba generalna – militarna, logistyczna, gospodarcza i psychologiczna – przed tym, co elity komentatorskie nazywają już bez ogródek czasem przygotowań. Ten tydzień domknął rok kilkoma wydarzeniami-symbolami: z jednej strony kolejne podbicie napięcia przez Pekin wokół Tajwanu , z drugiej – europejskie ostrzeżenia „przygotujcie się na wojnę”, coraz częściej padające publicznie, bez eufemizmów. A na trzeciej osi – Zachodnia Hemisfera, gdzie Waszyngton wraca do polityki strefy wpływów i twardego, amerykańskiego porządku pod hasłem walki z narkobiznesem i sieciami zewnętrznych patronów reżimów.
Jeśli 2025 był rokiem chaosu, to 2026 zapowiada się jako rok instytucjonalizacji tego chaosu: budowania doktryn, budżetów, sojuszy i zdolności, które mają przetrwać w warunkach stałego tarcia między mocarstwami. I będzie to rok, w którym rośnie pokusa dróg na skróty, uderzeń prewencyjnych, blokad, demonstracji siły – bo politycy coraz częściej uznają, że koszt bezczynności jest większy niż koszt ryzyka.
Z uwagi na ogromne znaczenie polityki międzynarodowej Donalda Trumpa musimy najpierw opisać zmianę, jaką prezydent USA wprowadził na świecie.
Ameryka Donalda Trumpa: nowy porządek na Zachodzie
Powrót Donalda Trumpa na fotel Prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki był – nie bójmy się tego powiedzieć – wstrząsem ustrojowym dla USA i dla całego Zachodu. 2025 był rokiem napięć i prób generalnych, a Ameryka Trumpa stała się jednym z głównych katalizatorów zmiany reguł gry. Nie dlatego, że Waszyngton przestał być silny (bo dalej jest wielką potęgą), lecz dlatego, że przestał chcieć być instytucjonalnym, światowym mocarstwem w dawnym sensie. Trump nie zreformował amerykańskiej potęgi, tylko ją zredukował, a w wielu obszarach zdemontował, zastępując ją polityką transakcyjną, personalną i krótkiego horyzontu. Światowy policjant stał się światowym sierżantem, który zamiast strzec prawnego ładu, tworzy nowy, kruchy, zbudowany na sile.
Demontaż państwa instytucji
Pierwszą i najbardziej trwałą zmianą była systematyczna erozja aparatu państwowego jako nośnika ciągłości. Dyplomacja, niegdyś oparta na Departamencie Stanu, sieci ambasad, profesjonalnym korpusie, została zdegradowana do roli dodatku do komunikatów z mediów społecznościowych i improwizowanych negocjacji. Ambasadorzy stali się figurami politycznymi, często wymienianymi masowo, a ekspercka pamięć instytucji była traktowana jak balast. Efekt? USA przestały być przewidywalne. A w polityce międzynarodowej przewidywalność jest walutą i gwarantem dobrych relacji.
Trumpowski styl rządzenia uderzył też w wewnętrzne mechanizmy kontroli i równowagi. Federalna administracja została spolaryzowana, a aparat bezpieczeństwa – podporządkowany konkretnej grupie politycznej. To osłabiło zdolność państwa do prowadzenia długofalowych strategii. Sojusznicy zaczęli kalkulowa: już nie „co zrobią USA?”, lecz „co zrobi Trump w danym tygodniu?”. To subtelna, lecz fundamentalna różnica, która zmienia postać relacji międzynarodowych jakie znamy.
Dyplomacja transakcyjna zamiast ładu
Druga zmiana miała charakter doktrynalny: odejście od liberalnego internacjonalizmu na rzecz brutalnego realizmu transakcyjnego. Sojusze przestały być wspólnotą interesów i wartości, a stały się rachunkiem zysków i strat. NATO, Unia Europejska, relacje z Kanadą czy Japonią – wszystko to zostało podporządkowane zasadzie pod tytułem „kto płaci, ten decyduje”.
W praktyce oznacza to osłabienie spójności Zachodu. Europa, przez dekady przyzwyczajona do amerykańskiego parasola bezpieczeństwa, została postawiona w stan permanentnej niepewności. Trump nie musiał formalnie rozbijać sojuszy – wystarczyło, że zakwestionował ich sens, a resztę zrobiły ludzkie mechanizmy obronne, strach, stres, niepewność i poczucie zagrożenia. Państwa zaczęły grać na własną rękę, budować alternatywne formaty i przygotowywać się na scenariusz, w którym USA są z nimi, ale nie zawsze.
„America First” sygnałem dla sojuszników i partnerów
Najpoważniejszą konsekwencją Trumpizmu nie była jednak sama polityka USA, lecz sygnał wysłany światu. Jeśli największe mocarstwo Zachodu mówi, że stawia personalny prezydencki interes ponad reguły i relacje z sojusznikami, to dlaczego inni mieliby zachowywać się inaczej? Rosja, Chiny, regionalne potęgi Globalnego Południa – wszyscy odczytali to jako zielone światło do testowania granic.
Trump zmienił oblicze ładu międzynarodowego, nie poprzez traktaty, lecz poprzez casus. Porządek oparty na normach został zastąpiony porządkiem opartym na sile i presji. Instytucje międzynarodowe – od ONZ po WTO – straciły nie tylko amerykańskie wsparcie, ale i moralną kotwicę. Stały się areną walki, a nie miejscem rozmów i arbitrażu.
Mocarstwo bez narracji
Paradoks Ameryki Trumpa polegał na tym, że dysponowała ogromnymi zasobami – militarnymi, finansowymi, technologicznymi – ale utraciła wizerunek i wiarygodność. USA przestały opowiadać światu, po co istnieje amerykańskie przywództwo. Zamiast wizji amerykańskiego snu, i zachodniej misji cywilizacyjnej pojawił się bilans strat i zysków, zamiast długofalowej i rozsądnej strategii – szybka, prozyskowa taktyka, zamiast zaufanych sojuszników – płaszczący się kontrahenci.
To właśnie w tym sensie można mówić o „demontażu mocarstwa”. Nie chodzi o upadek siły militarnej, lecz raczej o erozję legitymizacji tej siły. A bez legitymizacji hegemonia szybko zamienia się w kosztowną samotność, czego przykłady już widzimy.
Nowy porządek na Zachodzie
Wchodząc w 2026 rok, Zachód żyje już w cieniu Ameryki Trumpa.. Europa uczy się strategicznej autonomii, zupełnie w pośpiechu. Globalne Południe widzi w USA nie strażnika reguł, lecz jednego z graczy, wrogo nastawionego i wysyłającego głównie pociski rakietowe.
Ameryka Donalda Trumpa nie stworzyła żadnego stabilnego nowego ładu. Stworzyła próżnię, którą inni – szybciej i bez sentymentów – zaczęli wypełniać. I właśnie dlatego 2026 będzie rokiem w którym Zachód po raz pierwszy od dekad nie ma jednego centrum decyzyjnego, i powoli rozpada się na naszych oczach.
Inwazja na Wenezuelę w 2026? Wojna o Amerykę Łacińską
Wątek wenezuelski nie pojawił się znikąd: to kulminacja kilku nakładających się decyzji i trendów 2025 roku: powrotu doktryny Monroe wedle której tzw. Zachodnia Hemisfera, czyli obie Ameryki, to wyłączna strefa wpływów Stanów Zjednoczonych, obsesji na punkcie migracji i narkotyków oraz rosnącego lęku przed zakotwiczeniem wpływów Chin i Iranu w regionie.
W tym tygodniu narracja przeskoczyła poziom wyżej, bo obok sankcji i presji gospodarczej dostaliśmy potwierdzenia użycia siły. Według relacji medialnych i potwierdzeń politycznych, USA przeprowadziły uderzenie na obiekt portowy w Wenezueli, przedstawiając je jako element kampanii przeciwko przemytowi i strukturze „narkoterroru”. To ważne nie tylko dlatego, że jest to eskalacja operacyjna, ale dlatego, że tworzy precedens, który chciały wprowadzić Stany: jeśli uznamy, że prowadzimy „konflikt” z kartelami, a jakieś państwo jest ich parasolem, to granica między operacją antynarkotykową a interwencją polityczną staje się umowna, i można pominąć prawo międzynarodowe dotyczące wojen.
Równolegle USA dokręcają śrubę wokół osi Caracas–Teheran. Ogłoszone 30.12.2025 r. sankcje dotyczące wenezuelsko-irańskich powiązań w obszarze dronów i komponentów rakietowych pokazują, że Waszyngton nie widzi w Wenezueli wyłącznie problemu regionalnego, lecz węzeł szerszych sieci bezpieczeństwa. To jest polityka amerykańska znana z Bliskiego Wschodu, która została rozszerzona na inne strony świata.
Skąd więc mowa o inwazji? W dyskursie 2025 słowo to działa jak magnes, bo część komentatorów (i sama wenezuelska doktryna obronna) od lat zakłada scenariusz amerykańskiej interwencji. UCL opisywało niedawno, jak Wenezuela od dekad przygotowuje się mentalnie i militarnie na taką możliwość, traktując ją jako realne ryzyko strategiczne. Trzeba jednak pamiętać, że na ten moment, pod koniec 2025 roku, dostępne, wiarygodne źródła mówią o eskalacji presji i selektywnych uderzeniach, nie o decyzji o pełnoskalowej inwazji. W 2026 USA najprawdopodobniej będą dalej przesuwać suwak – od sankcji i blokad, przez ataki punktowe, aż po szeroką kampanię zmiany reżimu (jawnie lub tworząc wojnę zastępczą, na przykład zamach stanu, ruch separatystyczny, rewolucję).
Stanom Zjednoczonym nie zależy na tym, żeby Wenezuela była koniecznie pod kontrolą Waszyngtonu, ale wystarczy im podzielony, zdestabilizowany kraj, w którym nie można inwestować, i którego ropę można przejąć.
To jest również test dla całej Ameryki Łacińskiej. Kraje latynoskie muszą wreszcie pokazać, że ten region ma autonomię strategiczną, i nie jest grupą wasali, bo inaczej wróci do roli pola testowego w globalnej rywalizacji.
Europa: przygotowania do wojny to nowa normalność
Europa w 2025 roku przestała udawać, że bezpieczeństwo jest dodatkiem do dobrobytu. Dokumenty i decyzje instytucjonalne mówią wprost o zwiększaniu zdolności obronnych i gotowości. Równolegle rośnie język, w jakim opisujemy sprawy, staje się alarmowy: generałowie i analitycy mówią o konieczności przygotowań, a Bałtyk opisuje się jako przestrzeń, gdzie rywalizacja NATO–Rosja może przyjąć formę realnej wojny już za rok.
Dwa elementy są tu kluczowe dla 2026 roku:
Po pierwsze: logistyka i przemysł, nie tylko zielona polityka i regulacje. Planowanie europejskiej odporności do roku 2030 i zwiększanie nakładów to w test dla Europejczyków, i pytanie o produkcję amunicji, części, dronów, szkolenia rezerw, ochronę infrastruktury krytycznej. Inaczej mówiąc: czy Europa potrafi nie tylko wprowadzać regulacje rynkowe, ale też wytworzyć siłę zdolną do zagrożenia interesom obcych mocarstw.
Po drugie: Bałtyk jako laboratorium „szarej strefy”. NATO uruchamia misje ochrony i monitoringu infrastruktury, bo seria incydentów z kablami i rurociągami pokazała, jak łatwo sparaliżować państwo bez wypowiadania wojny. 2026 będzie rokiem, w którym te działania staną się gęstsze: więcej patroli, sensorów, współpracy cywilno-wojskowej, ale też więcej okazji do prowokacji. Czeka nas trudny rok przygotowań na najgorsze.
A najgorsza wydaje się perspektywa roku 2027.
Atak Rosji na Bałtyk i Polskę w 2027?
W przestrzeni publicznej krążą ostrzeżenia wywiadowcze i analityczne o możliwej rosyjskiej agresji przeciw wschodniej flance NATO w perspektywie 2027. Najgłośniej pada to z ust ukraińskich źródeł wywiadowczych, które mówią o przygotowaniach Rosji do szerszej konfrontacji. Równolegle europejskie analizy odnotowują rosnący wzór prowokacji i „kalibrowanych” działań oraz cytują ostrzegawcze wypowiedzi polskiego dowództwa o tym, że przeciwnik przygotowuje się do wojny.
Tu trzeba zachować podwójną optykę, ponieważ analizy prowadzące do sugestii bliskiej wojny mają ważny cel polityczny.
Optyka pierwsza: to jest realne ostrzeżenie. Rosja prowadzi strategię presji, testów i zastraszania, a rozmieszczenia systemów w regionie (np. przerzuty do Białorusi) mają znaczenie sygnałowe i skracają czas reakcji w scenariuszach kryzysowych, które wszystkie państwa pisały przez lata po upadku ZSRR.
Optyka druga: to próba przyspieszenia procesu zbrojeniowego. Prognozy na konkretny rok, nawet płynące z ust zaufanych źródeł i doświadczonych dowódców bywają używane, by przyspieszać decyzje budżetowe, mobilizować społeczeństwa lub wzmacniać pozycję negocjacyjną. Nie znaczy to, że są fałszywe, i absolutnie nie możemy tak myśleć.
Rosja stała się zagrożeniem militarnym nie tylko dla istnienia Ukrainy, ale także dla części NATO i Unii Europejskiej. Jeśli Rosjanie przygotowują się do aneksji Litwy, Łotwy i Estonii, to musimy przygotować się na odparcie tego ataku. W 2026 Europa będzie musiała żyć z tym paradoksem: przygotowywać się na najgorsze, nie popadając w panikę, bo panika jest również narzędziem wojny.
Morze Południowochińskie: eskalacja
W Azji 2025 był rokiem, w którym „incydenty” stały się codziennością w regionie Tajwanu. Woda z armatek, przecinanie lin kotwicznych, blokowanie, manewry bardzo blisko wyspy, zranieni rybacy, uszkodzone jednostki i wojna narracji, kto kogo sprowokował. To jest właśnie eskalacja kontrolowana, która następuje coraz szybciej w rejonie Morza Południowochińskiego.
W tym tygodniu mieliśmy jeszcze mocniejsze spięcie na osi Pekin-Tajpej: największe jak dotąd chińskie ćwiczenia wokół Tajwanu, symulujące elementy blokady i uderzeń, prowadzone wprost jako demonstracja determinacji wobec „zewnętrznej ingerencji”. W praktyce oznacza to, że 2026 może przynieść większą skłonność do blokad i quasi-blokad (kontrola przestrzeni, strefy ćwiczeń, „tymczasowe” ograniczenia ruchu), zwiększenie roli straży przybrzeżnych i „cywilnych” narzędzi przymusu, a także większą sieciowość sojuszy (więcej interoperacyjności, baz, rotacji i dostępu), bo państwa regionu kalkulują, że tylko zbiorowa obecność obniża ryzyko „zjedzenia ich jednego po drugim, metodą salami.
Morze Południowochińskie jest dziś (i będzie) tym, czym dla Europy Bałtyk: miejscem, gdzie infrastruktura i ruch morski są narzędziem nacisku, a wojna może zacząć się od incydentu, który wymknie się spod kontroli.
Rewolucje Globalnego Południa: pokolenie rewolucji
W 2025 na Globalnym Południu doszło do serii rewolucji i przewrotów, które doprowadziły do upadku wielu rządów. Młodzieżowe, skoordynowane protesty, często antykorupcyjne i antysystemowe, przeradzały się w rewolucje i potrafiły wymuszać zmiany, obalać liderów albo przynajmniej paraliżować państwa. Dlaczego wybuchły? Z odpowiedzią śpieszy surowa statystyka- w Bangladeszu, Nepalu, na Madagaskarze młodzi byli pełni frustracji: koszty życia, brak perspektyw, upolitycznione instytucje, rozpad kontraktu społecznego doprowadziły do wybuchu masowych protestów, międzynarodowego ruchu antyrządowego, którego symbolem jest piracka flaga.
W 2026 niestabilność polityczna stanie się nierozłączną częścią cen energii, powodem migracji, czynnikiem decydującym w sprawie kontraktów surowcowych i podatności na wpływy zewnętrzne. Globalne Południe jest dziś jednym z głównych przykładów zmiany porządku światowego.
Afryka i „dekolonizacja”: koniec cierpliwości wobec dawnych metropolii
Słowo „dekolonizacja” w 2025 wróciło w nowym sensie, już nie jest to termin z podręcznika do historii, a polityczny program krajów afrykańskich – wypychanie dawnych patronów, renegocjowanie obecności wojskowej, umów i wpływów. Przykładem jest widoczny trend wycofywania lub redukcji francuskiej obecności wojskowej i presja polityczna w części państw Afryki Północnej i Zachodniej -czyli Sahelu. Analizy i przeglądy roku podkreślają też falę napięć społecznych i protestów na kontynencie, które nakładają się na rywalizację mocarstw o surowce, infrastrukturę i głosy w organizacjach międzynarodowych.
Dla 2026 najważniejsze jest to, że dekolonizacja nie oznacza automatycznie wolności od wpływów mocarstw, lecz stanowi często zmianę patronów albo rozdrobnienie ich konkurencji. Europa będzie musiała konkurować nie tylko ofertą bezpieczeństwa, ale ofertą gospodarczą i polityczną, która nie brzmi jak wykład z moralności. Bo Afryka, coraz bardziej asertywna, nie chce już być politycznym projektem Francji, Niderlandów i Wielkiej Brytanii, tylko partnerem, który dyktuje w tej grze warunki.
Co z tego wynika: 2026 jako rok twardych decyzji
Jeśli 2025 był rokiem zmian, to 2026 będzie rokiem rachunków.
USA przygotowują się do konfliktu z Chinami, jednocześnie skupiają swoje siły na Caracas, chcąc zdominować Zachodnią Hemisferę. Europa zbroi się na potęgę i stawia na samodzielność, porzucona przez administrację Trumpa. Globalne Południe budzi się z letargu – rozpoczyna rewolucje, tworzy nowe układy sił, wypycha dawnych kolonizatorów i zaprasza nowe mocarstwa. Pośrodku tego wszystkiego stoi Polska, która musi dobrze się przygotować na nadchodzący kryzys. A ten nadejdzie na pewno.
Autor: Maciej Rajczak




